
Wyjechał z Białegostoku, aby zasmakować czegoś wielkiego i wyjątkowego. Do swojego rodzinnego miasta powraca jako człowiek spełniony, który wiele w swoim życiu zawodowym osiągnął. Na co dzień przemieszcza się między biurami w Oslo, Warszawie i Nowym Jorku. Od niedawna raz w tygodniu odwiedza także swoje rodzinne miasto, aby promować Hacklag – jedną z najbardziej atrakcyjnych przestrzeni biurowych w tej części Polski. Jeśli ktoś z Was marzył kiedykolwiek o pracy w biurach Google i Facebooka, w białostockim Hacklagu odkryje zbliżony klimat i warunki do pracy. Nie każdy może wynająć tu biurko, ale każdy może spróbować. Wygląda niesamowicie. Rozmowa z Maciejem Kucharzem.
Maciej Kucharz, Hacklag: Jestem związany z grupą spółek, która ma głównie inwestorów norweskich. To nie jest olbrzymi holding, ale jest to sumarycznie pewnie liczba około 70 osób porozbijana w różnych spółkach. Do tej pory działaliśmy głównie na rynku skandynawskim, zatrudniając ludzi z Warszawy i z Oslo. Mamy także biuro w Nowym Jorku.
Śmiech Mnie Nowy Jork nie zachwyca. Nie przeprowadziłbym się tam. Dla wielu ludzi to jest eldorado – pojechać do Stanów i tam pracować. Wolałbym pracować w Białymstoku niż w Nowym Jorku, a jeszcze bardziej w Oslo. Białystok jest miastem o idealnej wielkości, które ma wszystko, ale nie jest zatłoczone. Jest bardzo sprawne komunikacyjnie, jest przyjazne dla mieszkańców – głównie po rewitalizacji centrum. Dawniej tego tu nie było. Pamiętam jeszcze czasy jak autobusy jeździły po Lipowej.
Ale jednak Oslo wygrało z Białymstokiem.
Powiedziałbym, że bardziej to Norwegia wygrała z Polską. Kiedyś obiecałem sobie, że już więcej nie założę spółki w Polsce. W sumie jej nie mam, ale zatrudniam tu ludzi i prowadzę działalność na terenie Polski. I to jest mój sposób na powrót do Białegostoku. Mieszkam w Oslo i nie mam zamiaru wrócić. Znajomi pytają mnie czy będę tam mieszkać do końca życia. Mówię im, że nie wiem. Bilety lotnicze do Polski są bardzo tanie. Czas podróży z Białegostoku do Oslo, jest taki jak z Białegostoku do Wrocławia.
Tak, nie mógłbym tego robić np. we Wrocławiu, gdzie nie mam rodziny. Tutaj spotykam się ze znajomymi i rodziną. Jest łatwiej. Jednak z założenia Hacklag jest ogólnopolską siecią. Kolejny będzie w Warszawie i zaraz po tym jest przygotowywany lokal w Oslo. Założenie jest takie, że nasi członkowie mogą sobie podróżować do różnych Hacklagów i poszerzać swoje horyzonty, spotykać z ludźmi z różnych krajów, wyrabiać sobie kontakty. Każdy kto robił biznes wie, że najważniejsze są wartościowe kontakty.
Wiesz co, szczerze powiedziawszy jestem teraz częściej w Białymstoku niż wtedy, gdy mieszkałem w Warszawie. Rodzina się cieszy jak przyjeżdżam. Przywożę wnuczkę babci. To jest główny punkt programu.
śmiech Taaak, z rodziną jest fajnie.
Byłem w tym roku w Ghanie, zostałem zaproszony przez firmę Meltwater. Pochodzą z Norwegii, ale rozwijali się w Stanach. Założyciel rozpoczął tworzenie inkubatorów i szkół w Afryce (MEST). Rozpoczął właśnie od Ghany. W tym momencie są też w Nigerii i planują kolejne miejsca w Afryce. Studenci, chociaż czasami borykają się z problemami typu nie ma prądu przez pół dnia – a ciężko jest programować bez prądu – to są to ludzie na tym samym poziomie co Europejczycy. Internet otwiera im horyzonty i nadrabia to co obecna sytuacja geopolityczna nie oferuje.
Między Białymstokiem a Warszawą jest niewielka różnica. Jestem przekonany, że postęp i technologia sprawią, że programistom z Indii czy Chin będzie równie łatwo pracować przy projektach w Stanach Zjednoczonych, Norwegii czy Polsce w sposób zdalny. Oczywiście oni będą początkowo na niższych stawkach, będą bardziej konkurencyjni, natomiast będą równie sprawni i w pewnym momencie różnice się wyrównają.
Pracujesz z bardzo doświadczonymi ludźmi. Jednak po pewnym czasie postanawiasz wrócić do Białegostoku i poszukujesz ludzi, którzy być może mają energię, której sam potrzebujesz dla siebie, żeby dobrze czuć się w swojej pracy.
To jak wygląda IT, jest jakąś wręcz patologiczną sytuacją. Programiści potrafią zarabiać pięć – siedem razy więcej niż średnia krajowa. Standardem są no-vacation policy czyli tyle wakacji ile potrzebujesz, home office kiedy chcesz, pensje, które nie zależą od jakichkolwiek wyników. To jest głaskanie i zagłaskiwanie tych deweloperów, bo oni w zasadzie w pół godziny mogą mieć inną pracę na boku. Rozumiem, że ludzie wykorzystują taką sytuację. Wybrali taki kierunek na studiach, nauczyli się, zaczynają pracować, ale wymiar społeczny tego jest taki, że mamy olbrzymi dysonans między tą branżą, a całą resztą. Duża ilość pieniędzy strasznie rozleniwia ludzi.
Wyobrażam sobie, że jest to… niekoniecznie techniczna osoba. Jest entuzjastą nowych technologii, ma pewien pomysł w głowie, chciałaby się czymś zająć, poszukuje towarzyszy, fajnego miejsca. Może dostępu do narzędzi – rzutnika, telewizora. Ma inicjatywę, chce coś zrobić.
Mam niedosyt spotykania ludzi, którzy mają inicjatywę. Irytuje mnie, że ludzie są pasywni i leniwi. Żyjemy w bardzo ekscytujących czasach, a wiele osób przechodzi obok tego jakby bokiem.
Jest to dla mnie logiczne, że osoby, które coś osiągnęły, zaczynają skręcać w drogę bardziej wartościowych relacji międzyludzkich, zrobienia czegoś fajnego, niż zarabiania pieniędzy na drogi sprzęt audio. Ludzie szukają czegoś więcej.
Znane powiedzenie mówi, że „pieniądze szczęścia nie dają”. Ja w to wierzę. Wiem, że dla ludzi, którzy nie mają pieniędzy, jest to ciężkie do zaakceptowania, ale ja też jeżdżę piętnastoletnim samochodem i jakoś przewartościowałem swoje życie.
Śmiech Jeżdżę Skodą Octawią z 2001 roku. W Norwegii samochody są bardzo drogie, a ja nie mam ambicji jeżdżenia bardzo drogim samochodem. To jest tylko narzędzie.
Wierzę w symbiozę świata komercyjnego ze światem niekomercyjnym. Oczywiście udzielam się w komercyjnych przedsięwzięciach i tam zarabiam pieniądze. Hacklag to miejsce spotkań ze społecznościami. Firmy IT bardzo często sponsorują różne spotkania, ponieważ poszukują pracowników czy budują swoją markę. Mają na to pieniądze. To jest okazja żeby się do nich uśmiechnąć, powiedzieć „dajcie trochę tych swoich pieniędzy”, które zarabiacie, a my będziemy robić za nie fajne rzeczy dla społeczności.
Nie było kiedyś takich rzeczy w ogóle. Pamiętam kafejki internetowe do których chodziłem. To były namiastki hackerspace’ów. Może gdyby kiedyś były tutaj takie perspektywy, to nigdy nie wyjechałbym z Białegostoku. Ciągnęło mnie do większego świata. Kiedy ja zaczynałem, w mieście było raptem kilka firm z branży IT – takie „old fashion” typu ZETO, które bardziej zajmowały się kasami fiskalnymi niż oprogramowaniem. Ta zmiana jest super. Zainteresowanie meetup’ami jest duże. W tym miesiącu w Hacklagu było ich dziesięć.
Przychodzi od 50 do 80 osób. Dzisiaj na sali będzie 120 osób. Wczoraj kolega przywiózł z Ikei 40 nowych krzeseł, żeby wszyscy mogli usiąść.
