Wśród wielu pomysłów gospodarczych PiS znalazł się m.in. pomysł opodatkowania transakcji finansowych. W uzasadnieniu do ustawy można przeczytać, że nowy podatek ma za zadanie ograniczyć uprzywilejowanie sektora finansowego i przeciwdziałać spekulacji na rynku finansowym.

REKLAMA
Autorzy ustawy słusznie zwracają uwagę na fakt, iż branża finansowa nie jest objęta podatkiem VAT. Ponieważ podatek ma być skierowany przeciw spekulantom nie zostaną nim objęte emisje akcji i obligacji. Dodatkowo nie zostaną nim objęte transakcje, które jak twierdzą autorzy ustawy „służą celom konsumpcyjnym albo umożliwiają bezpieczne akumulowanie oszczędności”, czyli pożyczki, kredyty i produkty depozytowe dla ludności. Nie wiadomo jednak, jak miały by być potraktowane OFE.
Wielkim propagatorem podatku tego rodzaju, od lat ’70, był noblista J. Tobin. Nie zdobył on jednak zbyt szerokiego poparcia w świecie rosnącej globalizacji i liberalizacji. Dopiero globalny kryzys finansowy z 2008 r. spowodował ponowne zainteresowanie tym podatkiem. Na fali walki z przyczynami kryzysu Komisja Europejska w 2011 r. zaproponowała wprowadzenie podatku od transakcji finansowych w całej Unii. Oprócz argumentów powtórzonych w propozycji ustawy PiS Komisja stwierdziła, iż taki jednolity podatek pozwoli zmniejszyć zakłócenia wolnej konkurencji, zniechęcać podejmowania zbyt ryzykownych działań, zapobiegać przyszłym kryzysom, oraz promować wprowadzenie tego podatku na globalną skalę. Jednak w miarę jak mijały kolejne lata od kryzysu to zapał państw członkowskich do wprowadzenia wspólnego podatku spadał. Największym oponentem był oczywiście kraj, który stał się globalnym centrum operacji finansowych, czyli Wielka Brytania (choć jest przykładem skutecznego funkcjonowania tego typu podatku – Stamp Duty Reserve Tax). W efekcie obecnie nad wprowadzeniem tego podatku pracuje 11 krajów UE bez Polski. Z powodu trudności z dogadaniem się, w tzw. międzyczasie Francja i Włochy wprowadziły własne wersje tego podatku.
logo
Kraje objęte wzmocnioną współpracą w zakresie wprowadzenia podatku od transakcji finansowych Wikipedia
Okazuje się, że przedstawiona ustawa jest bardziej restrykcyjna niż propozycja europejska. Po pierwsze zaproponowana wysokość podatku to 0,14% wobec 0,1% oraz 0,07% wobec 0,01% w przypadku tzw. „derywatów”.
Wysokość podatku nie jest jednak najważniejszą wadą ustawy. Najgorsze jest to, że kompletnie nie uwzględnia tego, że rynki finansowe działają inaczej niż normalne rynki dóbr i usług. Mianowicie na rynkach finansowych występuje specjalny rodzaj podmiotu. Jest to tzw. „kreator rynku” (ang. market maker). Istnieje on po to, aby zapewnić kluczową cechę rynku finansowego: „płynność”. Rynek jest „płynny” wtedy, gdy każdy może kupić lub sprzedać dany instrument finansowy (np. akcje, obligacje) szybko, w dużych ilościach, nie zmieniając ceny. Kreator rynku zawsze jest gotów kupić lub sprzedać papiery wartościowe. Dzięki temu ceny są znacznie bardziej stabilne. Bez niego rynki finansowe działały by podobnie do rynku nieruchomości. Jeśli chce się kupić tanio to trzeba zwykle długo czekać, jeśli się czekać nie chce, to trzeba zazwyczaj przepłacić.
Inaczej to ujmując, kreator rynku działa podobnie jak supermarket. Obojętnie czy nie ma w nim klientów, czy też przewalają się tabuny kupujących, ceny produktów są takie same. Podobnie jak supermarkety uzyskują oni niską marżę ale duże obroty. Z racji swojej specyfiki i istotnej roli kreatorzy rynku są zwykle wyłączeni z obowiązku płacenia podatku.
Polski rynek akcji i obligacji już jest bardzo mało płynny z punktu widzenia inwestorów międzynarodowych. Zmniejsza to atrakcyjność Polski, bo inwestorzy Ci nie mogą być pewni, czy będą mogli kupić wymaganą liczbę np. akcji nie zmieniając ich ceny. Na przykład chcąc zainwestować drobne 100 mln euro w akcje KGHM może się okazać, że po 77 zł mogą kupić tylko 4 mln akcji, a za pozostałe sprzedający chcą co najmniej 79 zł. W takiej sytuacji „mały” inwestor kupi akcje po 77 zł, a „duży” średnio po 78 zł lub więcej. Jeszcze gorzej może być przy próbie sprzedaży dużego pakietu papierów wartościowych gdyż taki inwestor będzie musiał pozbywać się ich dość powoli i nie wiadomo ostatecznie po jakiej cenie. W rezultacie trudno mu określić za ile ostatecznie kupi i za ile sprzeda, czyli ile w rezultacie zarobi. Dodając do tego ryzyko związane ze zmianami kursu walutowego okazuje się, że giełdzie warszawskiej trudno będzie się rozwijać. Taki toporny podatek od transakcji finansowych chyba całkiem by ją dobił.
Chociaż uważam, że rola rynku kapitałowego jako źródło pozyskiwania kapitału nie jest specjalnie kluczowa z punktu widzenia gospodarki i ma wiele wad, to jednak lepiej mieć małą giełdę, niż nie mieć jej wcale.
Lepiej też przyłączyć się do innych niż robić po swojemu.